„Mydelniczka” na szosie

| kategoria: ciekawostki

Faktycznie, w porównaniu do rodzimego Malucha, „Trampek” był zdecydowanie bardziej obszerny w środku, mimo że zdecydowanie bardziej archaiczny. Posiadał atut w postaci bardzo pakownego bagażnika o pojemności 415 litrów. Był zbudowany z duroplastu, więc nie rdzewiał. Prosty w konstrukcji silnik gwarantował tanie naprawy, z którymi mógł się uporać każdy, kto miał pojęcie o mechanice. Do tego palił 7,5 litra na 100 kilometrów, więc był tani w utrzymaniu.

A jednak jazda „Mydelniczką” pełna była niespodzianek

Niespodzianek dla kogoś, kto nie znał tego auta i niezbyt uważnie słuchał wskazówek. I tak, umieszczony nisko gaźnik nie był w żaden sposób zabezpieczony przed wpływem wilgoci, więc przy pokonywaniu kałuż należało mocno zwolnić i jechać przez nie bardzo ostrożnie. Inną ciekawostką był brak pompy paliwowej. Skoro jej nie było, to się nie psuła, teoretycznie same plusy. Jednak zamiast pompy zastosowano zaworek paliwowy, który często okazywał się nieszczelny. W konsekwencji gaźnik był permanentnie zalewany przez paliwo pochodzące ze zbiornika opadowego umieszczonego w komorze silnika. Oczywiście, konstruktorzy znaleźli na to sposób, i wyposażyli układ paliwowy w kranik paliwa, rozwiązanie stosowane w motocyklach. Jednak …. jeśli użytkownik auta zapomniał na noc zakręcić kranik, to rano nie pojechał … bo w baku było pusto, a całe paliwo stanowiło plamę pod autem.

NRD-owskiej myśli technicznej było w tym aucie więcej….

Innym ciekawym rozwiązaniem było ogrzewanie samochodu. Ciepłe powietrze do kabiny nagrzewało się w puszce umieszczonej wokół pierwszego tłumika. Super! Tylko, że tłumik rdzewiał, pojawiały się w nim wżery i dziury, którymi spaliny dostawały się do ogrzewanej puszki. Stąd prostą drogą zdążały do kabiny. Mogłyby otruć kierowcę, gdyby, na szczęście, problematyczna szczelność kabiny. Nadwozie bowiem, w mocno przedpotopowym kształcie, jak na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte dwudziestego wieku, wykonane było z wytłoczonych w duroplaście elementów karoserii, doklejonych i przykręconych do metalowego szkieletu. Duroplast przypominał trochę dzisiejsze laminaty, ale jego jakość nieco od nich odbiegała. Po latach używania duroplast zaczynał odpadać od szkieletu. Właściciele dokręcali go z powrotem do szkieletu, ale o szczelności powłoki można było zapomnieć. Dzięki temu dało się jeździć bez bólu głowy i innych objawów zatrucia spalinami, a w paliwie w tym czasie znajdowały się spore ilości ołowiu.

A jednak, moc była z Trabantem!

„Trampek”, „Mydelniczka”, „Ford Karton” , cud techniki NRD, stawianej, nota bene, innym krajom bloku wschodniego za wzór, opracowany został w 1964 roku. Z niemal niewidocznymi gołym okiem zmianami, produkowany był do 1990 roku, kiedy to do produkcji wszedł następca Trabanta 601 – Trabant 1.1, wyposażony w silnik VW Polo, oraz w dźwignię biegów umieszczoną w podłodze. 601 dźwignię zmiany biegów miał przy kierownicy w postaci charakterystycznej „klamki”. Początkowo wyposażony był w silnik o pojemności 994 cm sześciennych, o mocy 23 KM, którą po trzech latach zwiększono do 26 KM. Moc oszałamiająca!

Ale coś z tej mocy z Trabantem było. Trabant od początku budowany był na taśmach montażowych zakładu w Zwickau. Na urządzeniach pamiętających czasy przedwojenne! Jakie były moce przerobowe ludzi zatrudnionych w fabryce, skoro co roku zwiększano produkcję? Przy zerowych nakładach finansowych na modernizację zakładu? Podobno cechą charakterystyczną tej fabryki był wszechogarniający brud, nawarstwiający się latami, z którymi nie dałaby sobie rady żadna ekipa sprzątająca.

Trabant cieszył się popularnością. Mimo, że jego konstrukcja była przestarzała od lat, mimo że pod koniec produkcji samochody wychodzące z fabryki były mocno niedociągnięte, mimo że auto wyglądało jak mydelniczka, kanciaste, kwadratowe, brzydkie po prostu, mimo że silnik był przestarzały w momencie planowania produkcji. Nawet mimo tego, że auto nie spełniało absolutnie żadnych norm bezpieczeństwa, a jego wnętrze … cóż … było, jakie było. Za to wielu byłych właścicieli „Trampka” wspomina go dziś z łezką rozrzewnienia w oku. Co było, to się nie wróci….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.